At War With False Noise
SLOTH - Zupełnie inny świat zabawy CD
SLOTH - Zupełnie inny świat zabawy CD
W magazynie
Nie można załadować gotowości do odbioru
Categories: Doom / Sludge / Stoner , płyta CD
Drugi album tych zwariowanych handlarzy sludge'em ze Środkowego Zachodu. Dość głupkowaty materiał, ale mimo wszystko ponury i żałobny. Gościnnie wystąpili członkowie z Hemdale, Boulder, Nunslaughter, Funeral Pyre i lista jest długa...
Niektórzy z Was zapewne znają już Sloth, tajemniczą grupę sludgelordów z Środkowego Zachodu, którzy w przeszłości dzielili splity z takimi zespołami jak Corrupted, Grief, Upsidedown Cross, Floor, Noothgrush i Grief. Brzmieniowo ci goście idealnie pasowali do tak znakomitego towarzystwa, ale nawet w tamtych czasach brzmienie Sloth było trochę popękane, trochę szalone, a pod ich chwiejnym, obniżonym brzmieniem kryły się oznaki poważnej psychozy.
Zaskakująco, to ich pierwszy pełnowymiarowy album WSZECH CZASÓW, ale może nie aż tak zaskakująco, biorąc pod uwagę całą płytę, na której można się rozciągnąć, współczynnik dziwaczności jest przez dach. To zdecydowanie nie jest prawdziwy sludge, chociaż są tam naprawdę sludge'owe momenty. Jest też dużo dziwacznego rocka, trochę klasycznie brzmiącego grunge'u, trochę postpunkowego hałasu w stylu Amrep, trochę pękniętego popu i naprawdę, co do cholery, dźwiękowej akcji wszędzie. Brzmi trochę jak muzyczny bałagan i trochę nim jest, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, a wszystkie te różne dźwięki w pewien sposób do siebie pasują, jak jakiś muzyczny potwór Frankensteina. Nie wspominając już o tym, jak sugeruje tytuł, że płyta jest podzielona na 13 piosenek i 13 sampli, przy czym każdy sampel, niektóre tak krótkie jak 4 sekundy, ma swój własny utwór.
No więc, nawet z tak niesamowitym sludge'owym rodowodem, nie jesteśmy pewni, czy koniecznie polecilibyśmy to tym, którzy szukają czegoś w rodzaju Corrupted, Moss, Bunkur i tym podobnych. A Whole Other World Of Fun jest bardziej dla osób lubiących ich muzykę – ciężką, trudną, kłopotliwą, dezorientującą i bardzo, bardzo, bardzo popieprzoną. Wystarczy posłuchać próbek dźwiękowych, a może zacznie to mieć sens. Chociaż raczej nie…
Płyta zaczyna się od grungy'ego redneckowego punk rocka, gdzieś pomiędzy Scissorfight a Fucked Up, ale z zabójczymi riffami, dziwnymi deathmetalowymi pomrukami i kilkoma niesamowitymi post-rockowymi breakdownami. Reszta utworów jest naprawdę wszechobecna, od mrocznego Slintish mathrocka (wraz z wokalem spoken word) i pokręconym, wyjącym refrenem przypominającym banshee, po super rozdmuchany space rockowy groove z ultra przesterowanym riffem, dziwacznym wokalem i przejmującymi klawiszami, które sprawiają, że jest dziwnie napędzający i trochę krauty, po ludowe śpiewy z leśnych pieśni morskich, zabójczy lo-fi, brzęczący indie rock, mozolny prymitywny black metal i wszystko pomiędzy. Jedynym prawdziwie sludge'owym utworem jest „Pike Flower Shop”, chwiejny, potykający się ultradirge, ale nawet on jest usiany dziwnymi elektrycznymi organami, chrapliwym wokalem i popieprzoną produkcją. Na całej płycie można też wyczuć klimat Ween, tak jakby Ween było jakimś dziwacznym zespołem grającym power violence.
Płyta kończy się mrocznym, nużącym basem i perkusją, przeplatanym z zatopionym w miksie wokalem grupy, przerywanym od czasu do czasu dzikim deathmetalowym rykiem, dwa razy głośniejszym niż reszta muzyki. Zdecydowanie popieprzone, dziwaczne, ale całkiem zajebiste. I to w zasadzie opisuje całą płytę.
Zdecydowanie polecam, ale tylko osobom z przewrotnym poczuciem humoru i lubiącym ciężką, wszechobecną dziwność.
Uwaga! Nawiasem mówiąc, w skład tego zespołu wchodzi nie kto inny, jak Derek Erdman, znany z piosenki „Kathy McGinty”!! - Aquarius
Udział
